Różnie można opowiadać o swojej pasji, pracy i drodze życiowej – z wypiekami na twarzy, z ogromną pewnością, że robi się rzeczy istotne dla świata i ludzi albo z wielkim dystansem i niepewnością, że to ciągle jest niewystarczające i nie do końca warte zauważenia. Anna Bednarz jest gdzieś pomiędzy tym pierwszym i drugim. W rozdarciu wynikającym z pokory i potrzeby rozwoju, ale też świadomości ogromnej spuścizny jaką pozostawiła po sobie jej poprzedniczka – Zdzisław Kotulska-Hofmokl.
Jak to wszystko się zaczęło? Od marzenia małej dziewczynki, dorastającej na wsi, dość daleko od oferty kulturalnej, gdzie prowadzone przez rodziców gospodarstwo rolne organizowało codzienność całej rodziny. To nie były okoliczności, jakich doświadcza wiele dzieci dzisiaj. Wachlarz ofert z zajęciami w różnych miejscach, dniach i godzinach, za duże lub małe pieniądze, a może nawet i za darmo, plus rodzic jako szofer dowożący pociechę by ta doświadczała, poszukiwała, rozwijała się. Mała Ania tylko wyobrażała sobie jak wygląda świat tańca i marzyła, że kiedyś okoliczności sprawią, że stanie się jego częścią.
Przełom nastąpił w szóstej klasie szkoły podstawowej, kiedy przy szkole powstał ludowy zespół taneczny. To właśnie tam po raz pierwszy mogła wejść do świata folkloru tak naprawdę. Nie od razu znalazła się w centrum wydarzeń. Jak wspomina, początkowo siedziała raczej „na ławce rezerwowych”, obserwując inne dziewczyny. Ale cierpliwie czekała na swoją kolej. I doczekała się. Dziewiętnaście lat temu przyszła na próbę i została.
Do Zespołu Pieśni i Tańca Boruta trafiła dzięki koleżance jeszcze przed maturą. Miała wtedy po prostu przyjść na próbę i zobaczyć, jak to wygląda.
— I tak zostałam — mówi dziś z uśmiechem i wzruszeniem.
Czy planowała życie związane z tańcem? Raczej nie, ponieważ w jej zawodowym portfolio taniec pojawił się dopiero po jubileuszu 50-lecia „Boruty”. Początkowo taniec był pasją i odskocznią od codzienności. Z czasem jednak zaczęło pojawiać się pragnienie, by wiedzieć więcej, rozwijać się i rozumieć folklor głębiej. Dlatego zdecydowała się na kurs instruktorski w Warszawie. Nie po to, by od razu zostać nauczycielką tańca, ale po prostu po to, by być lepszą tancerką.
Do zaliczeń końcowych jednak nie podeszła. Nie czuła się gotowa. I może to jest jedna z tych sytuacji, które po prostu muszą się wydarzyć, żeby wydarzyły się kolejne. Zamiast ją zatrzymać, ta decyzja stała się początkiem kolejnego etapu. „Chciałabym, żebyś mnie zastępowała” – powiedziała Zdzisława Kotulska-Hofmokl w momencie, kiedy już wiedziała, że zdrowie nie pozwoli jej nadal kierować zespołem ludowym, będącym dumą Zgierza i jednym z najważniejszych współczesnych dziedzictw lokalnej kultury. A relacja z panią Zdzisławą — wieloletnią liderką i ikoną zespołu, nie była łatwa. Między byłą i obecną choreografką zespołu zawsze istniał pewien dystans, choć jednocześnie ogromny szacunek. Te słowa stały się jednak kamieniem milowym w życiu Anny Bednarz. Dla niej to nie była tylko zawodowa propozycja. Choć niewypowiedziana wprost – to jedna z największych pochwał jakie usłyszała w życiu.
Prowadzenie dziecięcej grupy, organizacja jubileuszu 55-lecia „Boruty”, odpowiedzialność za kolejne działania zespołu i kolejny, tym razem już ukończony kurs instruktorki tańca ludowego — wszystko to przychodziło stopniowo, umacniając Annę w nowej roli. Dzisiaj Zespół Pieśni i Tańca „Boruta” rozkwita, a ona nie mówi o nim inaczej jak „rodzina”. To miejsce i ludzie, którzy ją ukształtowali, dawali wsparcie w różnych momentach życia, także prywatnego.
Boruciane marzenia? To na pewno sukcesy artystyczne, wyjazdy na festiwale międzynarodowe, godne reprezentowanie Zgierza i kraju.
– Ale chciałabym też, by ludzie trafiający do zespołu zawsze otrzymywali wsparcie, budowali relacje i znajdowali miejsce, w którym mogą być razem, a nie tylko tańczyć – ze łzami w oczach mówi ich instruktorka, choreografka.
Mimo doświadczenia i rosnącej odpowiedzialności, Anna Bednarz nadal mówi o sobie ostrożnie. Często wspomina o wewnętrznym krytyku i ciągłym poczuciu bycia nie dość dobrą, by zasłużyć na miano dziedziczki spuścizny pani Kotulskiej-Hofmokl. Jednocześnie coraz wyraźniej widać, że ma wpływ na ludzi wokół siebie i sama zaczyna dostrzegać, że swoją codzienną pracą buduje lokalną społeczność Zgierza.
A Zgierz?
– To miasto do którego chcę wracać, chociaż teraz nie mieszkam w nim na co dzień, duża część mojej codzienności jest jednak z nim związana – opowiada.
Miasto nadal pozostaje ważną częścią jej życia, a za jego atut uważa fakt, że ludzie nie są tutaj anonimowi. Miasto ma swój charakter, historię i cały czas zmienia się na lepsze, rozwija i staje się piękniejsze. Podobnie jak ona sama — krok po kroku, spokojnie, bez wielkich deklaracji. Z pokorą, ale też z ogromnym sercem do ludzi i folkloru.
Got a project?
We’re a team of creatives who are excited about unique ideas and help fintech companies to create amazing identity by crafting top-notch UI/UX.